O mnie
Dominik i moja historia
Moja przygoda ze sportem zaczęła się całkowicie przypadkiem i na pewno nie od biegania. Nigdy nie byłem typem sportowca. Na WF-ie raczej stałem na bramce, bo tam zwykle ustawiali tych słabszych. Nie czułem się ani dobry, ani ambitny w sporcie. Po prostu zwykły dzieciak, który nie błyszczał na lekcjach wychowania fizycznego.
Wszystko zmieniło się pewnego dnia, gdy sąsiad wyciągnął mnie na rower. Wzięliśmy rowery, które bardziej nadawały się do garażu niż do ścigania i po prostu zaczęliśmy jeździć. Najpierw 5 km, potem 10, 20. Nie było żadnych planów, żadnego „przygotowania sportowego”. Po prostu wolna jazda, pogaduchy, fajnie spędzony czas. To był pierwszy moment, w którym sport wszedł do mojego życia.
Później pojawił się kolejny element — jeden z kolegów z pracy kupił rower szosowy i był nim zachwycony. Tak namawiał, że musiałem spróbować. Pierwsza jazda na szosie to było totalne „wow”. Różnica w komforcie, lekkości jazdy, prędkości — zupełnie inny świat. I też wtedy powiedziałem sobie: „to jest sport, który chcę uprawiać”. Zacząłem coraz częściej wychodzić na rower, robić coraz dłuższe dystanse — 20, 30, 50 km. Rower zaczął być moją zajawką.
Triathlon? To nie dla mnie.
A może Bieg Niepodległości?
W międzyczasie trafiłem w internecie na informacje o triathlonie. Czytałem, oglądałem, zacząłem się interesować, ale problemem było to, że kompletnie nie umiem pływać, więc wizja triathlonu trochę upadła. Ale udało się wystartować w sztafecie na jednej ósmej Ironmana w zawodach lokalnych i to było super doświadczenie.
W tamtym okresie kilka razy pojawiała się propozycja udziału w Biegu Niepodległości. Zawsze odmawiałem, argumentując, że bieganie nie jest dla mnie, że ja wolę rower, że na rowerze można zwiedzać, a bieganie to tylko męka. Ale jak to w życiu bywa — los zrobił po swojemu i w końcu zapisałem się na bieg na 5 km, choć sam już nie pamiętam dokładnie, co wtedy przechyliło szalę.
I ten start był decydujący. Pobiegłem wtedy 5 km w czasie około 28 minut i umierałem na mecie. A obok mnie ludzie kończyli 10 km i wyglądali, jakby dopiero zaczynali rozgrzewkę. Patrzyłem i nie rozumiałem — jak to możliwe? Dlaczego ja muszę walczyć o życie, a inni kończą bez problemu? I to było takie mocne uderzenie. Poczułem, że bieganie nie jest „niemożliwe” — tylko ja nie mam pojęcia, jak trenować.
Profesjonalny trening = klucz do sukcesu!
Zostałem przy bieganiu. Przyszła pierwsza dyszka, później dyszka poniżej 60 minut, potem 15 km i pierwszy półmaraton. Ten półmaraton ukończyłem w ponad 2,5 godziny, prawie na czworakach, ale dało mi to niesamowitą satysfakcję. I do tego wszystkiego trening był zero-jedynkowy: „biegnę mocno albo jeszcze mocniej”. Zero regeneracji, zero wiedzy, zero planu. Po prostu „im szybciej, tym lepiej”. Po czasie wiem, że to była droga donikąd.
W końcu zacząłem szukać pomocy. Najpierw korzystałem z planów w internecie, ale to nie działało, bo nie były dopasowane do mnie. Udało mi się trafić do pierwszego trenera. To był moment przełomowy. On pokazał mi cały świat treningu — jak planować, jak regenerować, jak robić progres z głową. Uzmysłowił mi, że warto mierzyć wysoko.
W październiku 2019 zaczęliśmy współpracę, a ja miałem w głowie plan, żeby w swoje 36. urodziny przebiec 36 km. Mój trener zaproponował: „A może maraton?”. Nie mieliśmy dużo czasu, ale zaufałem mu w 100%. I 25 grudnia 2019 przebiegłem swój pierwszy maraton, delikatnie poniżej pięciu godzin. Nie były to zawody, ale pamiętam każdy metr tej trasy. Ostatni kilometr — wiedziałem już, że jestem maratończykiem. Do dziś jak o tym myślę, mam ciarki.
To był moment, w którym uwierzyłem, że można osiągnąć rzeczy dużo większe, niż się nam wydaje. Zacząłem biegać ultra, zacząłem organizować akcje charytatywne połączone z bieganiem — 10 maratonów dla Madzi, 24 godziny dla Madzi, 36 godzin dla Zosi, 200 km dla Szymona. Każde z tych wyzwań możecie przeczytać osobno, ale to, co jest wspólne, to to, że bieganie zaczęło mieć sens większy niż czas czy dystans.
A może zostanę trenerem i pomogę innym?
Pewnego razu pojawił się pomysł, żeby pomagać innym — tak jak inni pomogli mnie. Powstał DominTeam. Na początku to była zajawka dodatkowa do pracy, kilka osób, masa niepewności i pytanie: „czy ja dam radę?”. Okazało się, że plan potrafię dopasować, potrafię motywować, potrafię pomóc ludziom osiągać rzeczy, których się bali. I to zaczęło mnie napędzać. DominTeam zaczął rosnąć — 5 osób, 10, 20, 50, 100.
W końcu podjąłem decyzję o rezygnacji z pracy na etacie i postawieniu na to, co kocham — bycie trenerem. Nawet jeśli wiązało się to z ryzykiem i strachem.
Wtedy też założyłem grupę „Bieganie zmienia życie :-)”. Chciałem stworzyć miejsce dla tych, którzy zaczynają — bo takich grup brakowało. Dziś ta grupa ma ponad 28 tysięcy osób i jest jednym z najbardziej pozytywnych miejsc w internecie. Bez hejtu, bez porównań, bez oceniania.
I tak jesteśmy tu. Ta strona powstała po to, żebyście mogli mnie poznać, zobaczyć skąd się wziąłem, jaką drogę przeszedłem. Mógłbym pisać jeszcze długo, bo ta historia jest bogata, ale chyba najważniejsze już wiecie. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej — zapytajcie. Chętnie odpowiem.
A teraz czas iść dalej. Razem.
