Moje wyzwania

Wyzwanie 100 dni biegowych 2026

„100 dni biegowych w 2026 roku” to ogólnopolskie wyzwanie dla wszystkich miłośników biegania – bez względu na poziom zaawansowania. Jego celem jest regularność, budowanie zdrowego nawyku ruchu oraz konsekwentna praca nad formą przez cały rok. Wyzwanie motywuje do wyjścia na trening nawet w mniej sprzyjających dniach, pokazując, że liczy się systematyczność, a nie tempo czy dystans. To idealna okazja, aby zadbać o zdrowie, sprawdzić swoją wytrwałość i być częścią biegowej społeczności.

Moje wyzwania charytatywne - ULTRA

W ostatnich latach podjąłem się organizacji kilku prywatnych wyzwań biegowych, w których najważniejszym celem nie był wynik sportowy, lecz realna pomoc innym. Każde z nich miało charakter ULTRA — były to wyzwania znacznie wykraczające poza moje dotychczasowe możliwości, zarówno fizyczne, jak i mentalne. To dystanse i projekty, o których wcześniej nawet bym nie pomyślał, że są w moim zasięgu.

Motywacją była chęć połączenia pasji do biegania z działaniem charytatywnym. Każdy kilometr miał znaczenie, a wysiłek nabierał głębszego sensu, wiedząc, że jego efektem jest wsparcie konkretnego celu. Zapraszam do lektury opisów tych wyzwań — historii o przekraczaniu granic, determinacji i bieganiu, które niesie coś więcej niż sport. 🏃‍♂️❤️

Październik 2022

10 maratonów w 10 dni dla Madzi

W październiku 2022 roku postanowiłem zrobić coś, co jeszcze kilka lat wcześniej wydawałoby mi się kompletnie poza zasięgiem – przebiec 10 maratonów w 10 dni, jeden po drugim. Nie dla rekordu, nie dla medalu. Dla małej dziewczynki ze Śmigla – Madzi Wajske.
Madzia urodziła się z zespołem Downa, od początku zmaga się z bardzo obniżonym napięciem mięśniowym i asymetrią. Po kilku miesiącach życia zdiagnozowano u niej także zespół Westa – ciężką, lekooporną padaczkę z częstymi napadami. Każdy dzień to dla niej walka, a dla rodziny ogromne koszty związane z rehabilitacją, terapiami i badaniami.

Do wyzwania przygotowywałem się przez dłuższy czas razem z trenerem. Wcześniej testowo przebiegłem dwa maratony w dwa dni, tylko po to, żeby sprawdzić, jak reaguje organizm. Okazało się, że to jest naprawdę trudne i że przy takim wysiłku każdy detal ma znaczenie – nawodnienie, jedzenie w trakcie biegu, regeneracja między dniami. Ale wiedziałem jedno: jeśli mam wątpliwości, wystarczy spojrzeć na Madzię. Dla niej warto było spróbować.

Wyzwanie zaczęło się 13 października 2022 roku pod moim domem w Widziszewie. Pierwszy maraton biegałem po pętlach wokół miejsca zamieszkania – tak, żeby złapać rytm, oswoić głowę z tym, co przede mną. W kolejnych dniach trasa wędrowała przez gminę Śmigiel, gminę Kościan, samo miasto Kościan, a jednym z etapów był także 21. Poznań Maraton.

Jednego z dni pobiegłem przez miejscowości: Starą Przysiekę Drugą, Stare Bojanowo, Nietążkowo, Śmigiel i Czacz. W wielu szkołach dzieci, nauczyciele i pracownicy dołączali do mnie choćby na symboliczny odcinek – kawałek biegu, kilka okrążeń po boisku, wspólne zdjęcie. To nie były „tylko” kilometry. To były rozmowy, pytania dzieci, doping z okien i boisk.
Przedostatni maraton biegłem wokół Zalewu Rydzyńskiego, z grupą biegaczy, którzy dołączali na kolejne pętle. Ostatniego dnia, 22 października, wróciłem tam, gdzie wszystko się zaczęło – do Widziszewa. Znów kręciłem pętle wokół domu, zamykając w 10 dni ponad 420 kilometrów.

Każdego dnia na trasie była ze mną puszka – kto chciał, mógł wrzucić coś od siebie na leczenie i rehabilitację Madzi. Z czasem do akcji dołączyli też sponsorzy, m.in. sąsiad, który zadeklarował wpłaty liczone od każdego przebiegniętego kilometra, zwiększane przy kolejnych maratonach. Początkowo marzyłem o tym, żeby uzbierać może 1–2 tysiące złotych. Ostatecznie udało się przekroczyć 20 tysięcy złotych.

Oczywiście, nie obyło się bez kryzysów. Już na siódmym maratonie pojawiły się problemy z łydką i konieczna była pomoc fizjoterapeutów. W trakcie dziewiątego maratonu zaczął dokuczać mięsień odpowiadający za pracę stopy – część dystansu pokonywałem z narastającym bólem. Sen przestał przypominać regenerację – bardziej drzemki niż odpoczynek. Ostatni dzień to był bieg głową, nie nogami. Każdy krok bolał, ale świadomość, po co to robię, nie pozwalała się zatrzymać.
Nie biegłem sam. Na trasie wspierali mnie znajomi, rodzina, lokalne społeczności, pracownicy urzędów, uczniowie szkół, biegacze z okolicy. Niektórzy dołączali na kilka kilometrów, inni na kilkaset metrów. Każdy doping, każde „dasz radę”, każdy uśmiech dzieci albo uścisk dłoni działał jak dodatkowy litr paliwa w baku.

Kiedy skończyłem dziesiąty maraton, byłem wykończony, ale bardziej szczęśliwy niż zmęczony. To wyzwanie było dla mnie przełomem – pierwszą tak dużą akcją charytatywną, która pokazała mi, że bieganie może realnie zmieniać czyjeś życie, nie tylko moje. Od tego wszystko tak naprawdę się zaczęło: kolejne wyzwania, 24 godziny dla Madzi, 36 godzin dla Zosi, 200 km dla Szymona… Ale „10 maratonów w 10 dni dla Madzi” zawsze będzie tym pierwszym, szczególnym.
Wrzesień 2023

24h dla Madzi

30 września 2023 roku o godzinie 12:00 ze startem przy Placu Wolności w Kościanie rozpoczęło się kolejne z wyzwań w moim życiu — 24-godzinny bieg charytatywny dla Madzi

Nie dla medali, nie dla rekordu.
Dla dziecka, które mierzy się z wyzwaniami, jakie większość z nas nawet trudno sobie wyobrazić.

Dla mnie był to absolutny teren nieznany. Pierwszy raz w życiu miałem biec tak długo bez przerwy. Kompletnie nie wiedziałem, jak mój organizm na to zareaguje. Nie wiedziałem, czy kolana wytrzymają noc, czy żołądek nie odmówi posłuszeństwa, czy głowa nie wyłączy się w pewnym momencie. Nie wiedziałem, co stanie się psychicznie, kiedy przyjdzie kryzys — czy będę w stanie z niego wyjść. To była ogromna niewiadoma. I to właśnie było w tym wszystkim najbardziej fascynujące.

Na starcie było ze mną mnóstwo osób — rodzina, znajomi, biegacze, mieszkańcy. Widok ludzi, którzy przyszli wspierać akcję, już na samym początku dawał poczucie, że jesteśmy w tym razem. I to uczucie będę pamiętał do końca życia.

Pierwsze godziny były w miarę „łatwe”. Organizm jeszcze świeży, głowa pełna motywacji, adrenalina wysoka. Trasa wiodła przez Kościan w stronę Śmigla, gdzie na stadionie odbywał się festyn charytatywny. Dzieci, rodzice, całe rodziny — atmosfera była niesamowita. Ludzie dopingowali, przybiegali choćby na kilka kółek, robili zdjęcia, i najważniejsze — wrzucali do puszek pieniądze, które miały pomóc Madzi. To nie był sport dla sportu — to było pomaganie w najczystszej formie.


Po powrocie na trasę zaczął się realny ultra — czyli walka nie z kilometrami, tylko z własną głową. Zwłaszcza kiedy zaczęło się robić ciemno. Noc była najtrudniejszą częścią wyzwania. Zimno, senność, organizm domagający się odpoczynku. Kroki stawały się coraz cięższe, wzrok coraz bardziej przygaszony, umysł coraz bardziej natarczywy. W takich chwilach każdy człowiek, nawet najsilniejszy, zaczyna zadawać sobie to jedno pytanie: “po co?”.

I wtedy przypominałem sobie Madzię. I już wiedziałem, że nie ma żadnego „po co”. Jest tylko „dla kogo”.

Kryzysy narastały falami. Raz czułem się jak wrak, a po kilkunastu minutach — jak nowo narodzony. To doświadczenie nauczyło mnie bardzo ważnej rzeczy: w życiu najgorsze momenty trwają chwilę. Jeśli przetrwasz je, one odchodzą. Gdybym w którymś z tych momentów się zatrzymał — wszystko by się skończyło. Ale przetrwałem. I każdy kryzys, który mijał, dawał jeszcze większą energię i pewność.

Kiedy zbliżała się ostatnia godzina, wiedziałem już, że dowiozę to do końca. Ostatnie kilometry to była walka bark w bark z emocjami. Wiedziałem, że zaraz minie pełna doba biegania. Kiedy zegarek wybił 24 godziny i wbiegłem do Rydzyny, czułem ogromną mieszankę uczuć: zmęczenie, satysfakcję, wzruszenie, wdzięczność. Wtedy dopiero dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłem.
Łącznie przebiegłem około 171 kilometrów.

Co najważniejsze — mimo tak potężnego wysiłku, udało się ukończyć wyzwanie w zdrowiu. Nie było poważnej kontuzji, nie było sytuacji, która zmusiłaby mnie do zejścia z trasy. Oczywiście zmęczenie było ogromne, regeneracja trwała długo, ale ciało wytrzymało. I to było dla mnie coś niesamowitego, bo naprawdę nie miałem pojęcia, jak zachowa się organizm przy takiej próbie.

Wspominam ten bieg z ogromnym uśmiechem i wdzięcznością. Bo czułem wtedy, że po raz kolejny udało się realnie pomóc Madzi. A dla mnie to jest sens biegania — sens większy niż wyniki i cyfry.

Bieganie pozwala pomagać, łączyć ludzi, przypominać, że ciągle mamy w sobie więcej niż nam się wydaje.

Wrzesień 2024

36h dla Zosi

Bieg 36 godzin dla Zosi był wyjątkowy, bo miał zupełnie inny charakter niż wcześniejsze akcje. Oczywiście, jego głównym celem była pomoc — jak zawsze — ale tym razem równie ważne było to, żeby połączyć bieganie z aktywizowaniem dzieci i młodzieży do ruchu, i pokazaniem im, że sport to coś, co może zmienić ich życie.

Start po raz kolejny miał miejsce w Widziszewie, ale od samego początku wiedziałem, że to nie będzie bieg w stylu „jak najwięcej kilometrów”. Chodziło o ludzi, rozmowy, uśmiechy, spotkania. W ogóle zaczęło się tak, że jeszcze rano — zanim ruszyłem — zjawił się Rafał, który powiedział, że będzie biegł ze mną przez całe 36 godzin. I to było coś pięknego, bo przez całą akcję ani chwili nie byłem sam, choć tak naprawdę nigdy w tych wyzwaniach nie zdarzyło się, żebym biegł totalnie samotnie. Ale ta jego deklaracja miała ogromną wartość.

Pierwszy etap to szkoły. Zawitałem do szkoły w Starej Przysiece Drugiej — tam rozmawialiśmy, śmialiśmy się, tłumaczyłem, że bieganie może być funem, a nie karą. Później pojawiłem się w szkole w Oborzyskach, pobiegaliśmy razem, pogadaliśmy, dzieciaki miały pytania jak z kosmosu i zarażały swoją pozytywną energią. I to było niezwykle ważne — bo ja naprawdę wierzę, że to, co robię, może pobudzić ruch, i że aktywność fizyczna potrafi zmienić życie nie tylko dorosłych, ale i dzieci.
W ciągu dnia i nocy spotykałem ludzi na trasie, którzy mówili, że to, co robię, ich motywuje. Że ktoś zaczął biegać dzięki temu, że kiedyś przyłączył się do mnie na chwilę. Że ktoś przebiegł swój pierwszy maraton dzięki impulsowi z akcji. Że dzieciaki mówiły, że chcą jeszcze pobiegać, bo to jest fajne. To jest coś, czego nie widać w kilometrach, ale to jest coś, co zostaje w głowie na lata.

Sam bieg był trudny — i to nie dlatego, że był długi. Tylko dlatego, że nie był jednostajny. Chwilę biegłem, chwilę odpoczywałem, chwilę rozmawiałem, później znów biegłem. To był bieg przerywany przez szkoły, spotkania, prelekcje, zdjęcia, integrację. Przy takich wyzwaniach zazwyczaj liczy się dystans. Tutaj dystans nie był priorytetem. A mimo tego udało mi się pokonać 165 km.

I tak naprawdę już pod koniec odpuściłem. Nie cisnąłem. Nie ciągnąłem organizmu na granicy. Bo to nie był bieg „na rekord”. To był bieg „dla Zosi”. Czasem wystarczy wytrwać.
Noc na stadionie była naprawdę zimna. Wiatr był upierdliwy, na maksa męczył psychikę. Powiem szczerze — była wtedy walka. I to nie tylko z ciałem, ale też z głową. Bo są takie momenty, kiedy człowiek po prostu zastanawia się, po co to wszystko. Były chwile zwątpienia, były chwile „mam dość”, były chwile „to chyba ostatnia akcja w życiu”.

Ale one mijają. Przychodzi 10–20 minut kryzysu. A potem się pozbiera człowiek, napije, zje, chwilę pogada, odpocznie… i idzie dalej.
Tak wygląda ultra — i tak wygląda życie.
36 godzin — bez snu.
36 godzin — biegania, rozmów, motywowania innych.
36 godzin — by pomóc Zosi.

Czy było to trudne?
Tak.

Czy było warto?
Tak.

Czy zrobiłbym to jeszcze raz?
Wtedy — w momencie kryzysu — powiedziałbym „nigdy”.
Po regeneracji — myślę już o kolejnych.

I to jest chyba najlepszy dowód na to, że ta akcja miała sens. Udało się zebrać naprawdę fajne środki, udało się ponownie wciągnąć do biegania mnóstwo ludzi, udało się pokazać, że działania społeczne mogą mieć serce, a bieganie może zmieniać nie tylko nas, ale też kogoś, kto bardzo potrzebuje wsparcia.
Wrzesień 2024

200km dla Szymona

To wyzwanie było inne niż poprzednie. Nie chodziło o liczbę godzin, jak w 24h czy 36h. Tym razem cel był prosty i brutalnie szczery: pokonać 200 km. To miała być dodatkowa motywacja, żeby nie czekać aż „minie doba”, tylko cisnąć do samego końca. Nie kombinować, nie kalkulować — po prostu biec. Cała akcja była organizowana dużo, dużo wcześniej, ale paradoks polegał na tym, że im bliżej biegu, tym więcej rzeczy się posypało. Wszystko, co mogło pójść nie po mojej myśli… poszło. Ale start to start. Szymon miał dostać pomoc, więc ruszyłem.

Start jak zawsze w mojej rodzinnej miejscowości — Widziszewie. Zawsze jest w tym coś symbolicznego. Tego dnia pierwsze 40 km minęło bardzo sprawnie. Tempo było dobre, samopoczucie w porządku, głowa poukładana. Po tych 40 km dotarłem do Kościana, na stadion. To miejsce znam jak swój salon — wiele razy nocami biegałem tam kółka.

I właśnie w Kościanie zaczęły się problemy. Pośladek, który dawał się we znaki w trakcie przygotowań, zaczął boleć coraz bardziej. Na początku dało się to tolerować, ale około 60–70 km musiałem przerwać bieg — ból był po prostu za duży. Zdecydowałem się na możliwość, której normalnie na biegu bym nie brał pod uwagę — pomoc fizjoterapeuty. Szybka akcja, mięśnie rozbite, spięcia poluzowane, wracam na trasę. Pomogło.
Ale tylko na chwilę — po kolejnych 20 km ból wrócił. I wtedy dopiero odkryłem coś absurdalnie prostego. Zmieniłem buty… i ból pośladka zniknął. Gdyby ktoś mi to powiedział przed biegiem, wyśmiałbym go. Najlepsze było to, że do momentu, kiedy kontuzja zaczęła się nasilać, wszystko wyglądało bardzo realnie. 200 km było do zrobienia, i to nawet w limicie 24 godzin. Tempo było dobre, organizm pracował, głowa była czysta.

Ale życie to nie plan treningowy z idealnymi założeniami. Fizjoterapeuta pomógł, ale przerwy kosztowały. Kilometry lecą tylko wtedy, kiedy się biegnie. Po kolejnej interwencji specjalisty wróciłem na stadion w Kościanie i… wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Po 100 km biegu potrafiłem jeszcze biec tempem lepszym niż na samym początku. To był dla mnie szok. To było takie uczucie, że jednak mogę, że ciało ma rezerwy, o których nie wiedziałem. Niestety trwało to tylko 10–15 km, bo po tym wróciło zmęczenie, obciążenie, trud i ból. Ale to doświadczenie dało mi ogromną lekcję: nie znasz swoich granic, dopóki się do nich nie zbliżysz.

Potem był kolejny etap — Racot. I tam czekało coś pięknego. Dawid przygotował świetną imprezę, masa dzieciaków grała w piłkę, ludzie przyszli popatrzeć, pobiegać, porozmawiać. Ja robiłem swoje — biegałem wokół boiska, pojawiali się kolejni ludzie, kolejne dzieciaki. Atmosfera była fenomenalna.
Ale organizm to organizm. Ból pośladka wrócił. Do tego zaczął boleć spód stopy — to było coś nowego. I wtedy zapadła decyzja: nie cisnę 200 km za wszelką cenę, kończę po 24 godzinach. Ukończone 173 km.

Finał był piękny — na dożynkach gminnych w Racocie. Dużo ludzi, dobry klimat, doping, wsparcie.

I wiesz co było najlepsze? Moja motywacja to nie były kilometry. To byli ludzie.
Moi podopieczni — którzy przyjeżdżali 100, 200, 300, nawet 500 km, żeby pobiec ze mną choć chwilę. To dawało mi energię. To trzymało mnie psychicznie. To sprawiało, że nie mogłem odpuścić, nawet kiedy głowa chciała.

Ogromnym wsparciem była też reakcja Szymona. To, jak niesamowicie przeżywał ten bieg, jak interesował się każdym okrążeniem, jak przybijał „piątki”, jak cieszył się za każdym razem, gdy przebiegaliśmy obok — to było coś, co dawało mi paliwo.
A kiedy sam wyszedł na trasę i przeszedł kilka okrążeń po stadionie… To był moment, który naprawdę chwytał za serce.

I była też Zosia — córka moich znajomych, która bardzo często pojawia się na moich akcjach. I to jest dla mnie ogromna motywacja. Była ze mną w Widziszewie, była na stadionie w Kościanie, a później w Racocie wbiegliśmy razem na metę. Jej obecność i radość są czymś, co daje siłę w najtrudniejszych momentach.

Bo czasem nie biegniesz dla siebie. Biegniesz dla ludzi, którzy wierzą w Ciebie wtedy, kiedy sam masz wątpliwości.
Ostatecznie 172–173 km.
Czy to sukces?
Tak.

Czy było ciężko?
Tak.

Czy nauczyłem się czegoś nowego?
Ogromnie.

Każda z tych akcji jest inna. Każda przynosi inną lekcję. Każda robi mnie lepszym — jako człowieka, nie tylko jako biegacza. A wszystkie razem prowadzą mnie do mojego najważniejszego celu. I choć bywają momenty, kiedy myślę „to ostatnia akcja”, to potem mijają emocje, regeneracja wraca, głowa odpoczywa… i zaczynam planować kolejną. Po prostu taki jestem.
Przewijanie do góry